Palestyna to nie miejsce, które łatwo opisać.
To miejsce, gdzie zanim cokolwiek powiesz, musisz zapytać siebie: co naprawdę wolno mi powiedzieć?
Że spotkałem tu dobrych ludzi?
Że coś mnie poruszyło?
I czy to w ogóle jest na miejscu?
Bo Palestyna to kraj, do którego wchodzisz przez bramki kontroli — jak na lotnisku.
Z ochroną, pytaniami, podejrzliwością.
I czujesz się dziwnie, bo możesz wejść i wyjść.
Bo masz paszport.
Bo możesz wrócić do domu.
Bo urodziłeś się gdzie indziej.
Nie jesteś w niczym lepszy — ale masz coś, czego innym tu odmawia się każdego dnia: wolność.
Tu dzieci grają w piłkę pod murami, które przecinają horyzont.
Ludzie jedzą śniadanie, patrząc na ruiny domów, w których kiedyś mieszkali ich sąsiedzi.
Za plecami policyjne wozy, przed oczami – bezradność.
Ale w ich spojrzeniach jest coś więcej.
Siła. Godność. Wiara, że nawet jeśli świat ich nie widzi – oni widzą siebie.
I chcą trwać.
Na tych murach malował Banksy.
Nie jak turysta. Nie dla sławy.
Jego szablony to listy miłosne do ludzkiego cierpienia.
Gołąb w kamizelce kuloodpornej. Dziewczynka przeszukująca żołnierza. Chłopiec ciągnący chmurę balonów.
Czasem dopiero widząc coś z bliska, rozumiesz wagę rzeczy, o których wcześniej tylko czytałeś.
A najważniejsze obrazy zostają w tobie na zawsze – nawet jeśli wtedy jeszcze tego nie wiesz.
Palestyna działa otrzeźwiająco.
Sprowadza na ziemię.
Zwłaszcza jeśli zbyt długo unosiłeś się ponad nią — w wygodnym braku świadomości.
To miejsce, które boli, ale i uczy.
Uczy, że nie wszystko jest czarno-białe.
Że świat jest okrutnie niesprawiedliwy – nie tylko wobec nas.
To nie jest raj.
Ale to też nie jest piekło.
To są ludzie.
To jest życie.
To jest historia pisana codziennością, gdzie każdy uśmiech jest aktem odwagi.
Ale Palestyna to też coś więcej.
To ziemia, na której rodziły się oliwki, zanim pojawiło się słowo „konflikt”.
To kuchnia pełna przypraw, sezamu, świeżych ziół i soku z granatów tłoczonego na bazarze.
To Ramallah z kawiarniami, gdzie młodzi czytają poezję Mahmouda Darwisha.
To Betlejem, które zna cały świat, ale niewielu naprawdę tam było.
To Hebron, Nablus, Gaza — mozaiki historii, których nie uczą w podręcznikach.
To kobiety w haftowanych strojach, tatreez, które opowiadają o pokoleniach.
To rękodzieło, które przetrwało więcej niż jakakolwiek granica.
To muzyka oud, dźwięki dabki, dziecięcy śmiech na podwórkach — mimo wszystko.
To krajobrazy gór Samarii i dolin pachnących tymiankiem i deszczem.
Palestyna była — i jest — żywa.
Nie tylko jako idea, ale jako miejsce.
Nie da się jej wymazać. Nie da się jej zapomnieć.
I nie da się jej zobaczyć, nie zostając na zawsze choć trochę innym człowiekiem.

