Wyspy, które długo były tylko punktem na mapie – bezludne, tajemnicze, porzucone przez historię. Dziś próbują odnaleźć swoje miejsce w świecie. Chcą być częścią turystycznej gry – i robią to najlepiej, jak potrafią. Kolorowe murale na fasadach, ręcznie malowane obrazy suszące się na sznurach między balkonami, europejskie echa w brukowanych uliczkach i zapach grillowanego tuńczyka unoszący się znad rybnego targu na molo.
To tu kobiety wciąż niosą miski na głowach z tą samą siłą, co ich matki i babki. To tu można zobaczyć rekiny i napić się grogu – lokalnego rumu, sól, dym i słońce. Kraby, langustynki, steki z tuńczyka – ocean daje, ocean zabiera. Bo tutaj naprawdę potrafi być kapryśny, nieprzewidywalny i niebezpieczny, jakby pamiętał, że przez wieki nikt tu nie chciał mieszkać.
Wulkaniczne szczyty, dzikie ścieżki do hikingu, góry, które pękają pod ciężarem słońca. Krajobraz surowy, ale prawdziwy. Krajobraz, który nie udaje raju – on nim po prostu bywa. Czasem. Na chwilę. Gdy wiatr przestanie wiać, fale się uspokoją, a w powietrzu zostanie tylko zapach cytrusów i wędzonej ryby.
Ale najbardziej niezwykłe jest to, co dzieje się między dźwiękami a zapachami – mieszanka afrykańskiej duszy i portugalskiego cienia. Rytmy morny i funaná grają wieczorami w małych barach, a nostalgia przeplata się z dumą. Kolonialna przeszłość zostawiła tu ślad, ale to przeszłość przefiltrowana przez rytm bębnów i taniec.
To właśnie Wyspy Zielonego Przylądka – kraj, który wciąż się budzi, kraj, który się stara. Skromny, szczery, intensywny. Miejsce, gdzie można usiąść przy stoliku i powiedzieć: to nie raj, to prawda – i to jest wystarczające.

