To trochę tropikalnego przepychu z niepokojącym blaskiem.
To miasto, do którego się nie przeprowadzasz — tylko przyjeżdżasz. Po przygodę, czy po tydzień przerwy od życia.
Miami to impreza bez godziny rozpoczęcia.
To gorąco. W każdej formie. Temperatura, spojrzenia, intencje. Skóra lepka od słońca i soli. Usta powiększone marzeniem o sławie. Ludzie, którzy wyglądają, jakby przyjechali tu tylko po to, żeby zatańczyć na jachcie.
Tu zaczynasz dzień pilatesem, potem jedziesz na deskorolce przez Ocean Drive, śmiejąc się z nowo poznanymi ludźmi, a kończysz, odpoczywając na plaży.
Imprezy w Miami zaczynają się o czwartej nad ranem i kończą dopiero wtedy, gdy ty zdecydujesz.
To świat, w którym łatwo się zgubić.
Ale to też miasto wielkich wydarzeń, takich jak: Ultra, Rolling Loud, Art Basel. Piękne zachody słońca i chwile odpoczynku, i pełnego luzu.
Tu Gianni Versace urządzał legendarne przyjęcia, o których mówiło całe Miami — nawet ci, których nigdy na nie nie zaproszono. Tu też zginął. Kilka kroków od swojej willi.
W South Beach tańczy się nawet wtedy, gdy się nie tańczy — wystarczy, że stawiasz kroki po rozgrzanym chodniku.
Wynwood to galeria na świeżym powietrzu, gdzie każdy mur jest manifestem: koloru, bólu,przetrwania.

W Little Havana zapach mocnej kawy i cygar przypomina o rewolucjach, które wydarzyły się naprawdę.
A w Downtown neony odbijają się w szybach sportowych samochodów.
Wieczorem idziesz na mecz Miami Heat albo Inter Miami na Hard Rock Stadium, a potem — może trafisz na imprezę, a może do prywatnej willi w Coconut Grove, nie wiedząc jak i dlaczego.
A tak naprawdę — wystarczy jedna plaża. Jedna rozmowa o zachodzie słońca. Jedna jazda na rowerze brzegiem oceanu, z muzyką płynącą z każdego kąta.

Miami to miejsce, które wie, czego pragniesz — i zrobi wszystko, żeby to spełnić.

