Miasto, gdzie przez dekady rządziła królowa Elżbieta – niewzruszona jak skała, nawet gdy skandale przeciekały przez dziurkę od klucza szczelnie zamkniętych drzwi Pałacu Buckingham.

Miasto, które nie potrzebuje słońca – ale kiedy już wyjdzie, docenia się je podwójnie.
O 17:00 czeka na Ciebie herbata – czy to w eleganckiej porcelanie w Ritz, czy w małej herbaciarni, gdzie scones podaje dziewczyna w glanach od Vivienne Westwood i eyelinerze grubym jak ironia Brytyjczyków.
Śniadanie może tu trwać do południa, a kolacja zaczyna się o północy. Jamie Oliver przewraca warzywa z prędkością politycznych skandali, a Gordon Ramsay rzuca talerzami szybciej, niż zdążysz powiedzieć „medium rare”.
Wieczorem trafiasz do Society Clubu jak Anabel’s – cygara, whiskey, schody wijące się jak labirynt, tajemnicze pokoje, do których trudno wejść, a jeszcze trudniej się z nich wydostać.
Każde piętro to nowa historia – przypominająca piętrową willę z obrazami, książkami i ludźmi, którzy przyszli tylko na chwilę, ale zostali na zawsze.
A jednak to Soho skradnie Ci serce – pełne barów, gdzie ktoś śmiejąc się obleje Cię przez przypadek cydrem, gdzie ktoś śpiewa Adele w barze karaoke, a Ty siedzisz przy stole z nieznajomymi i myślisz:
„Nie wiem, gdzie jestem, ale chcę tu zostać.”
Może wsiądziesz w rowerową rikszę z głośnikami, może spotkasz ich znowu w Ronnie Scott’s, gdzie dźwięk trąbki rozchodzi się po ścianach, a espresso martini smakuje jak jazz.
Tu swoje rewolucje robili McQueen, Galliano, Owens – każdy na swój sposób.
McQueen szeptał o śmierci i pięknie, Galliano krzyczał teatrem, Owens szył z cienia.
Londyn nosi się w Ricku Owensie, pachnie perfumami Alexandra McQueena, chodzi w płaszczach Burberry i wspomina Jane Birkin.
W Harrodsie kupisz świątecznego misia i sukienkę droższą niż miesięczny czynsz w Notting Hill.
Ale najpiękniejszy styl rodzi się na ulicy – z przypadku, z duszy, z odzysku.
Są winyle, książki vintage, auta jak z filmu o Bondzie.
Jest Chinatown – z mapotofu, po którym przez godzinę nie wiesz, czy jeszcze żyjesz.
Lis przemykający przez Soho o 3:00 w nocy – duch miasta albo efekt uboczny zdegustowanego Pol Rogera, którym zachwycał się sam Winston Churchill.
A jego bąbelki rozbijają się o szkło jak marzenia o świętym spokoju – tuż obok sklepiku, gdzie tańczyłaś w trenczu do piosenek, których nawet nie znałaś.
To też miasto sportu. Arsenal i Chelsea – dwa kluby, dwa światy, dwie filozofie, jedna obsesja.
Potem spacer po Hyde Parku – karmisz wiewiórki, słuchasz ludzi przemawiających z mydlanek, pijesz kawę z termosu i rozmawiasz o Szekspirze, który tu pisał swoje dramaty.
O Beatlesach – zaczęli w Liverpoolu, ale to Londyn uczynił z nich legendę.
O Rolling Stones – którzy wyrośli z brytyjskiego buntu.
Britpop wybrzmiewał z okien w Camden, grime rodził się w blokach East Endu, a One Direction pokazało, że nawet boysband może podbić świat.
A w tle gra Ci w głowie piosenka Spice Girls.
W międzyczasie David Bowie patrzy na Ciebie z muralu w Brixton – dwukolorowymi oczami pyta:
„Kim dziś będziesz, Londynie?”
Big Ben wybija godzinę, a Ty idziesz na fish and chips zawinięte w gazetę – bo tak smakuje klasyka.
Nad Tamizą, obok London Eye, z widokiem na most, który mylisz z London Bridge. Ale nikt nie ma Ci tego za złe.
Może ten dzień skończy się koncertem.
Może na Wimbledonie.
Może kawą w Ralph’s Coffee.
Może w Notting Hill – między różowymi domkami i antykwariatami, gdzie wracają do Ciebie ulubione filmy.
Zobaczysz Sherlocka Holmesa błądzącego mglistą Baker Street.
Harry’ego Pottera na peronie 9¾.
I naprawdę będziesz chciał wbiec w ścianę na King’s Cross.
Bo Londyn to tysiące mikrokosmosów zamkniętych w jednym kodzie pocztowym. Każdy pub, każda ulica, każda stacja metra ma swój własny, bloody amazing akcent, swój rytm, swoją historię.
Innit, mate?
I kiedy myślisz, że już go rozgryzłaś – Londyn zmienia tonację.

