Maleńkie księstwo wciśnięte między Szwajcarię a Austrię. Ledwie czterdzieści tysięcy mieszkańców, a jednak istnieje z pełną godnością – ciche, niewielkie, a tak pewne siebie.
Zamek księcia góruje nad Vaduz – stolicą, która wygląda jak ilustracja z bajki. W Liechtensteinie wszystko jest blisko. Pociąg potrafi przejechać cały kraj szybciej, niż zdążysz dopić espresso.
To miejsce, gdzie banki przypominają galerie sztuki, a współczesne dzieła wystawiane są w muzeach, do których wchodzi się jak do czyjegoś domu – bez zgiełku, bez pośpiechu.
Możesz napić się lokalnego wina, przejść doliną Renu albo po prostu wsłuchać się w ciszę. Bo Liechtenstein nie krzyczy. On przemawia spokojem.
To kraj, który przypomina, że mniej naprawdę znaczy więcej.
I choć jego historia nie zawsze była niewinna – przez dekady przyciągał finanse z pogranicza prawa – jakby świat Wilka z Wall Street znalazł tu swoje ciche schronienie. Ale dziś Liechtenstein zmienia narrację: w stronę przejrzystości, etyki i dumnej nowoczesności.
To miejsce jest jak przypis na końcu książki. Mały, ale znaczący. Jeśli tylko wiesz, gdzie spojrzeć.

