Miejsce, do którego dojeżdżasz drogą otoczoną oceanem z każdej strony. Gdzie kończy się ląd, kończy się droga, a zaczyna inny świat — na styku oceanu i nieba.
Key West to karaibska atmosfera z kubańskim akcentem. Gelly shoty, jet ski, szum palm i ten charakterystyczny luz, który wsiąka w skórę. Nikt się tu nie spieszy, czas płynie wolniej. Leżysz na hamaku z mojito w dłoni i wpatrujesz się w turkusowe fale.
Powietrze pachnie kokosem. Wokół Ciebie pastelowe domki w kolonialnym stylu, z zawsze uchylonymi oknami. Koty z sześcioma palcami spacerują po ogrodach Hemingwaya, a zachody słońca to codzienny rytuał — gromadzą się tłumy na Mallory Square, by zobaczyć pokazy, występy i niebo rozpalone kolorami.
To miejsce, gdzie śmiech brzmi głośniej, ludzie patrzą Ci prosto w oczy, a muzyka sączy się z każdego kąta. Gdzie możesz wypłynąć na ryby, pojeździć skuterem wodnym albo po prostu poleżeć na leżaku przy basenie i nie robić absolutnie nic.

Key West to stare bary, spojrzenia lokalnych mieszkańców, karaibski luz i beztroska. Najdalej wysunięty na południe punkt kontynentalnych Stanów — a jednocześnie zupełnie inny świat. Pomiędzy Karaibami a snem o wolności. Kołyszący się w rytmie muzyki i słońca.

Palmowe liście szeleszczą jak strony nieprzeczytanych książek, a powietrze pachnie rumem, solą i cygarami.

