Niemcy to kraj, który zawsze imponuje porządkiem. Nie tylko tym na ulicach – choć i ten robi wrażenie – ale przede wszystkim porządkiem w ludziach, w systemie.
Tu wszystko ma swój czas, swoje miejsce, swoją kolejność.
To też kraj wielu pracoholików – dokładnych, punktualnych, konsekwentnych. I kraj, który lubi, gdy rzeczy mają sens – nawet język, długi i złożony, wydaje się tu jak mechanizm zegarka: każdy element na swoim miejscu.
Duże, dumne miasta: Hamburg, Kolonia z piękną katedrą, Monachium, Frankfurt, Stuttgart.
Ale to Berlin przyciąga najwięcej uwagi.

Berlin – miasto, które może kojarzyć Ci się z wycieczką szkolną albo rodzinnym wypadem. Z magnesem z Murem Berlińskim, pamiątką z muzeum, z widokiem z wieży telewizyjnej, z Ampelmännchen na światłach i kolorowymi figurkami misiów rozrzuconymi po całym mieście.
Berlin to kawał historii. Brama Brandenburska, Pomnik Ofiar Holokaustu, surowość fasad i powaga ciszy.
Ale Berlin to zupełnie inna energia – ta, o której pisał Bukowski, gdy mówił o barach, w których “można było się zgubić i odnaleźć jednocześnie”.
To miasto, gdzie po całodniowych zakupach w KaDeWe ustawiasz się w kolejce do Berghain – nie wiadomo, czy wejdziesz, ale warto spróbować.
Miasto, gdzie jazz bar miesza się z techno klubem. Gdzie przypadkowa rozmowa na ulicy może trwać pół nocy.
Gdzie jesz kolację w eleganckiej restauracji, a wieczorem kończysz pod torami kolejowymi, w klubie, który przypomina trochę horror, w którym nawet nie przyszło Ci do głowy się znaleźć.
To też French 75 wypity na ostatnim piętrze centrum handlowego, chwila w Ladurée przy makaronikach, krótka przerwa w zakupach.
A potem poranny, rześki niedzielny spacer po parku – przy wschodzącym słońcu i zimnym wietrze.
Tajemniczy bar przypominający hotel. Jeszcze bardziej tajemniczy drink. Berlin zawsze zostawia niedopowiedzianą scenę.
A poza tym – życie.
Rano czuć zapach świeżych bułek z piekarni, gdzie ludzie ustawiają się w kolejce w milczeniu, każdy ze swoim rytuałem. Prosto, schludnie, spokojnie.
W muzeach i księgarniach – cisza, która nie onieśmiela, ale pozwala myśleć.
W teatrach – tekst. W architekturze – logika.
To kraj idei – Kant, Goethe, Bauhaus. Kultura, która nie boi się pytać, eksperymentować, konfrontować.
Niemcy nie są krzykliwe. Ale są wielowymiarowe – z mnóstwem okazji do wzbogacenia swojej wiedzy na prawie każdy temat.
To kraj, który pamięta i buduje. Który uczy, że można łączyć surowość z ekstrawagancją, dyscyplinę z szaleństwem.
I pokazuje, że porządek nie musi być przeszkodą dla wolności – a czasem może być jej najlepszym sprzymierzeńcem.

Berlin to zupełnie inna energia – ta, o której pisał Bukowski, gdy mówił o barach, w których “można było się zgubić i odnaleźć jednocześnie”.

